Rozmowa ze zwycięzcami X Regionalnych Mistrzostw w Ratownictwie Medycznym Jarosławem Ikwantym i Łukaszem Kiecem – ratownikami medycznymi Klinicznego Oddziału Ratunkowego (KOR) Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego Nr 4 w Lublinie

image000000 1

Od lewej: Łukasz Kiec i Jarosław Ikwanty - zwycięzcy X Regionalnych Mistrzostw w Ratownictwie Medycznym w Lublinie (fot. zdjęcie przesłane)

Dlaczego wybrali Panowie ratownictwo medyczne?

Łukasz Kiec: Jeśli chodzi o mnie, to był zupełny przypadek. Zdawałam na medycynę, na wydział lekarski. Nie udało mi się jednak dostać z uwagi na ogromną liczbę chętnych, podobnie jak do szkoły pożarniczej PSP. Dokumenty złożyłem również na ratownictwo medyczne i w tym zawodzie się odnalazłem. Już podczas moich studiów aktywnie działałem, uczestniczyłem w dodatkowych zajęciach, zawodach ratownictwa medycznego: w Sanoku, w Szczyrku oraz w SimChallenge organizowanych w Centrum Symulacji Medycznej Uniwersytetu Medycznego w Lublinie. Uniwersytet Medyczny w Lublinie bardzo dobrze przygotował mnie do wykonywania tego zawodu. Ratownictwo wciągnęło mnie całkowicie. Jako ratownik medyczny pracuję od 7 lat.

Jarosław Ikwanty: Ja natomiast nigdy nie wyobrażałem sobie siebie w pracy biurowej, że pracuję 8 godzin, siedząc przy komputerze. I dlatego pomyślałem o ratownictwem medycznym. W tym zawodzie pracuję od 11 lat. Początki nie były łatwe. Trzeba było się dużo nauczyć. Trudne były też egzaminy na uczelni. Ale małymi krokami doszedłem do celu.

Co jest najbardziej satysfakcjonujące w tym zawodzie?

Jarosław Ikwanty: Najbardziej satysfakcjonujące jest to, że możemy pomóc drugiemu człowiekowi. Uratować mu życie albo zdrowie. Usłyszeć: dziękuję. Ja już taką sytuację przeżyłem. Reanimowałem mężczyznę. Około 2 miesiące później po raz drugi się spotkaliśmy. Przyszedł do szpitala, na oddział ratunkowy, poznał mnie i podziękował za pomoc. Takie sytuacje są dla mnie „motorem napędowym”.

Łukasz Kiec: Dla mnie interesująca jest ta różnorodność przypadków, bo na oddział ratunkowy trafiają pacjenci z różnymi schorzeniami. Trzeba wykazać się interdyscyplinarną wiedzą i umiejętnościami. Z kolei wdzięczność pacjentów, o której powiedział Jarek, buduje motywację. Daje siłę do działania, rozwijania się i kształcenia, podnoszenia kwalifikacji, ale i doskonalenia swoich umiejętności.

W jaki sposób znaleźliście się na X Regionalnych Mistrzostwach w Ratownictwie Medycznym, odbywających się w Lublinie w dniach 22-24 maja br.?

Jarosław Ikwanty: Któregoś dnia będąc razem z Łukaszem na dyżurze w KOR, rozmawialiśmy o tym, że w Lublinie będą organizowane takie właśnie zawody. Padło pytanie: A możemy byśmy w nich wystartowali? I od tego się zaczęło.

Łukasz Kiec: Od czasów studiów miałem takie marzenie, decyzja była na „tak”. Bardzo chciałem wystartować w takich mistrzostwach, ale nie było wcześniej takiej możliwości. Teraz się nadarzyła. I spróbowaliśmy. Wspólnie z naszym kierownictwem Paniami dr Katarzyną Naylor oraz Małgorzatą Lalak-Dybałą, przygotowaliśmy pismo do dyrekcji szpitala. Chodziło o pozwolenie na uczestnictwo w zawodach. Pan Dyrektor wyraził zgodę i sfinansował nasz start, za co mu bardzo dziękujemy. Nasze zgłoszenie zostało przyjęte i rozpoczęliśmy intensywne przygotowania. Staraliśmy się pokazać nasz zespół z jak najlepszej strony.

 

Ratownicy medyczni z USK Nr 4 z grupą statystów przy jednym z zadań na dachu CSK w Lublinie.

Konkurencja "Królewski kawalerski" na dachu CSK w Lublinie (fot. Alina Pospischil)

 

I tak się stało, bo wróciliście z pucharem za pierwsze miejsce, więc lepiej być nie mogło. Która spośród sześciu konkurencji była dla Waszego zespołu najtrudniejsza?

Jarosław Ikwanty: Najtrudniejsze były dwie konkurencje. Pierwsza – nocna w Muzeum Wsi Lubelskiej, podczas której w 10 minut musieliśmy udzielić pomocy 10 poszkodowanym osobom. Cztery z nich były w ciężkim stanie. Nimi zajęliśmy się w pierwszej kolejności, później zrobiliśmy kolejny triage. Sprawdziliśmy, czy stan pozostałych pacjentów się nie pogorszył. To zadanie było mocno absorbujące. Musieliśmy wykazać się i wiedzą, i sprytem, żeby w ciągu tych 10 minut zrobić jak najwięcej. Kolejna trudna konkurencja odbywała się na poligonie. Nie mogliśmy tam dojechać swoją karetką ze względu na panujące w tym miejscu warunki. Wyjechał po nas specjalny wojskowy ambulans. Musieliśmy przełożyć do niego swój sprzęt, a następnie wypakować go na miejscu przy poszkodowanym pacjencie. Był nim ranny żołnierz, do którego zaprowadził nas dowódca jednostki. Żołnierz miał postrzał w klatkę piersiową i aktywne krwawienie tętnicze z nogi, które ja zabezpieczałem. Łukasz zajął się zaś raną klatki piersiowej. Pacjenta musieliśmy bardzo szybko zbadać pod kątem odniesionych urazów.

Łukasz Kiec: Tak, aby jak najszybciej ewakuować rannego z miejsca zdarzenia. To był dla nas priorytet. Równie ważne było zabezpieczenie pacjenta w karetce, która cały czas poruszała się po nierównym terenie. Karetka się bujała, my i sprzęt również, a musieliśmy wykonać czynności ratunkowe przy rannym. Moim zdaniem te dwa zadania, o których powiedział Jarek, były też jednymi z najciekawszych, a zarazem najtrudniejszych podczas tych mistrzostw. Z kolei najbardziej przyjemną scenką – taką wziętą z życia, na terenie Dworca Metropolitalnego. Było to zadanie z udziałem kobiety w 32. tygodniu ciąży. Mieliśmy przeprowadzić z nią dokładny wywiad oraz zbadać zarówno ciężarną, jak i płód. Pacjentka w pewnym momencie traciła przytomność i nasze działania przenosiły się na manekina, gdzie musieliśmy właściwie rozpoznać rytm serca i wykonać kardiowersję elektryczną (to zabieg medyczny, którego celem jest przywrócenie prawidłowego rytmu serca). Nasze działania były szybkie, precyzyjne i skuteczne. Po skończonym zadaniu wyszliśmy bardzo zadowoleni i podbudowani.

Jarosław Ikwanty: Byliśmy zadowoleni, że postawiliśmy właściwe rozpoznania, że nie musieliśmy reanimować pacjentki. Po naszych działaniach kobieta oprzytomniała. Wróciła jej też świadomość. Wystarczyło przeprowadzić zabieg kardiowersji elektrycznej. Ciężarna w pełnym kontakcie wróciła do nas i mogliśmy z nią swobodnie rozmawiać. Poza tym wyrobiliśmy się w czasie, narzuconych z góry 10 minutach. Mieliśmy nawet 2 minuty w zapasie.

W zawodach wystartowało 36 zespołów z całej Polski. Trudno było zdobyć pierwsze miejsce?

Jarosław Ikwanty: Od początku zdawaliśmy sobie sprawę, że w zawodach nie biorą udziału przypadkowe osoby, że zespoły są bardzo dobrze przygotowane. Musieliśmy więc się pokazać z jak najlepszej strony – wykazać wiedzą, umiejętnościami, ale i sprytem. I udało się.

Łukasz Kiec: Musieliśmy nie tylko wykonać pewne czynności manualnie, ale też je ustnie opisywać, bo wszystko liczyło się przy punktacji. Np. ocenić pacjenta wg skali AVPU czy skali GCS, według których ocenia się przytomność danej osoby, czy reaguje na bodźce, na polecenia głosowe. Wszystkie nasze czynności były oceniane. W klasyfikacji końcowej liczył się każdy najmniejszy punkt. Wygraliśmy zaledwie 4 punktami nad drugą ekipą. Ci zaś mieli tylko 2 punkty przewagi nad zespołem, który zajął trzecie miejsce. Tak więc rywalizacja była zacięta. Nasuwa się jeszcze jeden wniosek – poziom mistrzostw był bardzo wysoki o czym świadczą wyniki i rozbieżność punktacji w klasyfikacji generalnej.

Chociaż w zmaganiach brały udział zespoły z różnych części kraju, to były mistrzostwa regionalne. Kiedy i gdzie będzie kolejny etap zawodów?

Jarosław Ikwanty: Mistrzostwa Polski Ratownictwa Medycznego odbędą się w Sosnowcu w dniach 18-20 września. Z tego co wiem, w zawodach ma uczestniczyć około 60 ekip z całej Polski oraz z zagranicy. Do tych Mistrzostw musimy się bardzo dobrze przygotować, aby przywieźć taki sam puchar (uśmiech).

Łukasz Kiec: Rzeczywiście, przed nami bardzo intensywny czas przygotowań.

Wejście do Dyspozytorni Medycznej w Lublinie. Ratownicy z USK Nr 4 opatrują nogę kobiecie. Obok nich obserwujący ich działania sędziowie Mistrzostw.

Konkurencja w Dyspozytorni Medycznej w Lublinie nosiła nazwę "Pelikany” (fot. Agnieszka Antoń-Jucha)

 

A jak będą wyglądać przygotowania?

Łukasz Kiec: Chcemy poszerzyć wiedzę o literaturę. Nie tylko dotyczącą standardów, ale też najnowszych wytycznych wprowadzonych do ratownictwa medycznego. Ten kierunek dość prężnie się rozwija. Nasze przygotowania będą dotyczyć także takich obszarów, jak medycyna taktyczna czy pediatria. Z dziećmi mamy najmniej do czynienia w naszej pracy zawodowej, dlatego też w ten temat musimy się szczegółowo zagłębić, tak aby nie sprawiał nam żadnych trudności.

Jarosław Ikwanty: Znając miejsce, w którym odbędą się te zawody – Jura Krakowsko-Częstochowska, podejrzewamy, że mogą być jakieś jaskinie, skałki. Spodziewamy się też pacjenta, który będzie mówił w języku śląskim i może będzie ciężko go zrozumieć.

Łukasz Kiec: Zapewne będziemy też ćwiczyć z naszymi kolegami, czy to z Centrum Symulacji Medycznej Uniwersytetu Medycznego w Lublinie, czy też z Wojewódzkiego Pogotowia Ratunkowego w Lublinie oraz z KOR-u USK Nr 4 w Lublinie. Sporo możemy się od siebie nauczyć, wspólnie przerobić ciekawe scenki. Wszystko po to, aby wypracować jeszcze efektywniejsze schematy współpracy. Wiele aspektów ma znaczenie, nawet samo ułożenie plecaka czy monitora. Chodzi o to, aby i jeden i drugi ratownik miał łatwy dostęp do zabezpieczenia pacjenta.

Jarosław Ikwanty: Już podczas lubelskich mistrzostw podzieliliśmy się zadaniami. Łukasz był odpowiedzialny za drogi oddechowe, ja za krążenie, by nie wchodzić sobie w paradę. Wymienialiśmy się nawzajem zdobytymi informacjami.

Łukasz Kiec: Tak, aby każdy z nas wiedział to samo o pacjencie. Właściwa komunikacja do klucz do sukcesu. Ponadto w akcji ratowniczej bardzo ważna jest rola lidera. Podczas tych zawodach ja nim byłem.

Jarosław Ikwanty: Współpraca układała się bardzo dobrze. Z Łukaszem dogadywaliśmy się bez żadnych problemów, co też wynikało z tego, że pracujemy razem i przygotowywaliśmy się razem.

A jak radzicie sobie ze stresem? W końcu praca ratownika medycznego do najspokojniejszych nie należy.

Łukasz Kiec: Moim sposobem na radzenie sobie ze stresem jest moje hobby: wędkarstwo karpiowe. Ten czas spędzony nad wodą pozwala zapomnieć mi o codzienności, zebrać myśli i oczywiście dobrze się bawić, łowiąc niejednokrotnie ryby powyżej 20 kg. Jeżdżę też na zawody karpiowe, w których odnoszę sukcesy. Połączenie pasji i zdrowego współzawodnictwa daje zastrzyk adrenaliny.

Jarosław Ikwanty: Ja natomiast staram się nie przynosić tematów z pracy do domu. To co jest w pracy, zostawiam za drzwiami szpitala. W domu zajmuję się wyłącznie rodziną – żoną i dziećmi. Taki mam sposób na stres. Działa.

Jarosław Ikwanty i Łukasz Kiec: Chcielibyśmy jeszcze podziękować dyrekcji USK Nr 4 w Lublinie oraz kierownictwu Klinicznego Oddziału Ratunkowego – Paniom Katarzynie Naylor, Małgorzacie Lalak-Dybale oraz Mai Chrzanowskiej-Wąsik, które bardzo nam pomogły, szczególnie w kwestii sprzętu. Dziękujemy również szefowi oddziału Łukaszowi Pańko. A także dyrektorowi szpitala, za zaufanie oraz za to, że zgodził się na nasze uczestnictwo w tych zawodach. Podziękowania należą się również naszym kolegom, którzy poświęcili czas, aby z nami ćwiczyć i przygotować nas do zawodów. Chylimy czoła przed organizatorami lubelskich mistrzostw – Wojewódzkim Pogotowiem Ratunkowym w Lublinie i osobami zaangażowanymi w tę inicjatywę. Konkurencje były ciekawe i perfekcyjnie przygotowane, podobnie jak całe zawody. Mogliśmy podnieść swoje kwalifikacje i przeżyć niezapomnianą przygodę.

Wywiad ukazał się na portalu internetowym Gazety Wyborczej.

IMG 6256

Od lewej: Łukasz Kiec i Jarosław Ikwanty - zwycięzcy X Regionalnych Mistrzostw w Ratownictwie Medycznym w Lublinie (fot. Alina Pospischil)

 

Media o wydarzeniu:

Radio Lublin | Lubelscy ratownicy najlepsi w regionie [ZDJĘCIA]
Dziennik Wschodni | Kto najlepiej ratuje życie?
Kurier Lubelski | Ratownicy medyczni Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego Nr 4 w Lublinie zwycięzcami regionalnych mistrzostw
Medicus | Lubelscy ratownicy najlepsi
Dziennik Wschodni | Rywalizowało 36 zespołów, ale tylko jeden najlepiej ratuje życie